piątek, 25 września 2015

Ogromne szczęście.

Sytuacja, która mi się przytrafiła zmieniła moje myślenie. W jednej chwili dotarło mnie jaka byłam głupia. Nie uważam się przez to za złego człowieka, bo to co czułam było okropne, nie potrafiłam się tego pozbyć. Nie potrafiłam pokochać swojego dziecka jak każda normalna matka. Nie chciałam jej mieć - może to normalne w wieku 18 lat, ale powinnam chyba czuć coś innego niż totalną pustkę. Próbowałam zmusić się do miłości, ale nie dało się. Albo się kogoś kocha, albo nie... Nawet poronienie jednej z dziewczynek nie dało mi do myślenia jakim cudem jest dziecko. Może było na to za wcześnie. Ciąża mojej siostry, jej postawa mimo tego, że jest młodsza pokazała mi jak silna jest matczyna miłość. Ona również nie chciała dziecka, a pokochała je od razu. Dlaczego ja tak nie mogłam? Dlaczego rozważałam zabójstwo własnej córki? A później oddanie jej do adopcji? Obwiniam się za to mimo, że to nie moja wina. 
Od dwóch dni bolał mnie brzuch, to normalne w ciąży. Macica się zmienia, całe ciało i organizm się zmienia. Dopóki nie dostałam lekkich skurczy na górze, dopóki nie zobaczyłam krwi byłam spokojna. Pojechałam do szpitala. Zgłosiłam się w ostatnim momencie, podobno... Odklejanie się łożyska i skracająca się szyjka zmusiła do lekarzy do rozmów o pessarze. Muszę zostać jakiś czas w szpitalu. W każdej chwili mogę urodzić, dziecku może się coś stać. 
Byłam w ogromnym szoku, nie docierało do mnie nic. Za dużo emocji jak na jedną chwilę. Cały czas dotykając się za brzuch, mówiąc do niego i bojąc się o własną córkę zrozumiałam, że dziecko to cud. Mój cud, który nie ważne jak powstał - ważne że jest. Że żyje dzięki mnie i dla mnie. Kiedy emocje opadły doszło do mnie, że to po prostu jest matczyna, najsilniejsza na świecie miłość. Strach o życie własnego dziecka, chęć oddania za niego życia. To straszne, ale zarazem takie cudowne. Nieodpowiedni moment na takie słowa, ale czuję, że to jeden z najlepszych dni mojego życia. Czuję, że dopiero teraz zaczyna się moje szczęście.

wtorek, 8 września 2015

Dość niedawno nasza sytuacja nieco się skomplikowała. Kilka sprawa na raz, no ale wiecie jest to jest. Jak się coś wali, to wali się wszystko po kolei.
Wiecie jakie miałam relacje z ojcem Walerii. Łączył nas głównie seks i imprezy. Imprezy skończyły się w sumie razem z wakacjami, więc i nasze częste spodnia się skończyły. Ostatni raz widzieliśmy się 1,5 tygodnia temu. Rozmawialiśmy... Kilka dni temu na dość głupie tematy, nic szczególnego. Kontakt powoli zanika, psuje się. Niestety.
Moje kontakty z mamą zawsze były idealne, teraz lekko się wahają. Ostatnio od tak ze mną nie rozmawiała, nie chciała. Olewała. Potrzebuję jej wsparcia, a nie odrzucenia. To ona, jako jedna z niewielu osób jest przy mnie zawsze. Na szczęście już się poprawia... Szczerze? Trochę nie dziwię się, że mama ostatnio chodzi roztrzęsiona. Szczęśliwa, pełna nadziei ale jednak w szoku i strachu całe dnie. Przyczyny jeszcze nie znacie...
Jak się okazało, moja ,,malutka siostrzyczka" jest w ciąży. Ktoś pomyśli ,,żartujesz sobie, to beka". Drugi powie ,,zaplanowałyście to, że obie w tym samym czasie?". Jednak ja powiem, że moja siostra jest zwyczajnie nieodpowiedzialna. Ona również to wie, ale dopiero po czasie. Patrząc na moją sytuacje, moje błędy i problemy z tym związane powinna mieć na uwadze wszystkie konsekwencje. Powinna inaczej spojrzeć na zabezpieczenia, kiedy ma w domu przykład, że nic nie jest pewne, na nic nie można liczyć w stu procentach. Jej ciąża zawiodła nas wszystkich. Rodzice zareagowali sto razy gorzej niż w moim przypadku. No cóż, nie dziwię się. Powinna bardziej uważać.
Nie, nie jestem mądra teraz, bo sama ,,wpadłam" jak to nazywają. Ale może gdybym miała przykład w przypadku mojej siostry bardziej uważałabym na zabezpieczenia.
No cóż, nie ma co się zadręczać ani gdybać. Obie jesteśmy w ciąży i czasu nie cofniemy. Szkoda, że obie w tym samym czasie. Ja tydzień 23/24, ona 9. Ja 04.01, ona 15.04. Niewielki przedział czasowy jeśli chodzi o terminy porodu,
Teraz mam jeszcze większy mętlik w głowie, zresztą my wszyscy,
Czy sobie poradzimy? A jak tak, to jak? Jedno jest pewne. Viktoria chce wychować dziecko.

czwartek, 3 września 2015

Nie chciałam mówić o tym, jak wyglądały początki mojej ciąży, bo to ciężki temat dla mnie, ciężko to przeżyłam. Powiedziałam najbliższym osobom, ale jak widać się rozniosło.
Teraz już nie jest to dla mnie takie trudne, żebym nie mogła o tym mówić. Postanowiłam się tym z wami podzielić. Może po przeczytaniu tego, co mnie spotkało kilka osób zmieni zdanie co do mojego postępowania.
Niestety musiałam was troszkę okłamać. Ale nie tylko was, bo większość mojej rodziny i znajomych.
Dowiedziałam się o ciąży robiąc test - to już wiecie. Idąc na usg, które miało potwierdzić ciążę byłam obojętna. Nawet wtedy, kiedy patrzyłam na monitor oglądając swoje... DZIECI.
Nosiłam pod sercem bliźniaki. Tak, zastawiałam się nad aborcją, to również wiecie.
Zrezygnowałam z niej, gdyż dotarło do mnie, że to zwykłe zabójstwo. Ucieczka od ,,problemu", która będzie ciągnęła się za mną całe życie. Czułabym się jak morderca po usunięciu ciąży. Nie zdecydowałam się na to.
Ale dlaczego zrezygnowałam? Dotarło do mnie to dopiero po tym, kiedy jeden maluszek od nas odszedł.
Poczułam się źle, więc poszłam do lekarza. Szybko odesłał mnie do szpitala. Kiedy przyjechałam było już za późno. Nic nie dało się zrobić. Zrobili badania. Okazało się, że drugi maluszek żyje i jest w dobrym stanie. Zostawili mnie na kilka dni, żeby potwierdzić, że drugiemu nic nie grozi. Na szczęście rozwija się prawidłowo.
Ciocia, która ma adoptować Walerię chciała adoptować bliźniaczki. Niestety... Adoptuje tylko jedną.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy co to znaczy być w ciąży, ale stracić jedno z bliźniąt. Nie zdajecie sobie sprawy co to znaczy nie kochać własnego dziecka mimo chęci i starań. Nie zdajecie sobie sprawy co to znaczy zmuszać się do czegoś i płakać po nocach z bezradności. Nie zdajecie sobie sprawy z tego, co czuję.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Stwierdziłam, że muszę się pochwalić. Ale zanim to zrobię, zapytam was o pomysł na temat notki. Ktoś ma jakieś propozycje? Chciałabym pisać o tym, co wy chcielibyście przeczytać.
Natomiast powód do dumy i chwalenia się mam ogromny! 
Byłam kilka dni temu na wizycie u lekarza, dodatkowo usg gdyż miałam wykonywane usg połówkowe. Badania sprawdzające, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Niestety płeć była nie do poznania, ponieważ uparciuch nie chciał się pokazać. 
Umówiłam się z lekarzem prowadzącym na dzisiaj. Prywatna wizyta, w szpitalu. Tylko i wyłącznie na usg, bo obiecał mi, że tym razem poznam płeć swojego dziecka.
Dziewczynka.
Waleria Antonina.
Poczułam radość,
miłość.
Chyba kocham tą małą łobuziarę.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Na wstępie chciałam zapytać, czy macie jakieś pomysły na notki? Mi już ich brakuje, albo sama się zniechęcam. Nie wiem o czym pisać. Mogłabym napisać o tym, co wy - czytelnicy chcielibyście czytać.
Dzisiejsza notka poświęcona będzie temu, jak wyglądało moje życie przed ciążą, zaczynając od najmłodszych lat.
Już jako dziecko w podstawówce chodziłam do klasy sportowej. Sport był moją pasją jak i trochę zmuszeniem przez rodziców. Pokochałam to dopiero w 6 klasie, kiedy zaczęłam jeździć na zawody z siatkówki. Moje życie kręciło się wokół szkoły, nauki, zajęć pozalekcyjnych i właśnie sportu. Zawody, przez które często opuszczałam szkołę były najważniejsze. Gimnazjum również wybrałam sportowe. Oprócz siatkówki doszły biegi i pływanie. W zawodach zdobywałam zawsze, a przynajmniej prawie zawsze podium. W biegach byłam najlepsza. Jako 14 latka oczywiście zaczęła być dla mnie ważna figura. Nigdy nie byłam gruba, ale też nie wybitnie chuda mimo sportu od najmłodszych lat. Bieganie i basen sprawiło, że moje ciało się umięśniło. Nie podobało mi się to. Zaczęłam się głodzić, dosłownie. Nienawidziłam siebie. Brak jedzenia +intensywne ćwiczenia nie raz zaprowadziły mnie do szpitala, z powodu wycieńczenia i odwodnienia organizmu. Podobno gimnazjum niszczy ludzi. Mnie nie zniszczyło. W gimnazjum byłam najbardziej zadowolona ze swojego charakteru mimo głodówek i przesady w ćwiczeniach. Trafiłam do liceum, które sama wybrałam. Byłam dumna, że się do niego dostałam kiedy nikt we mnie nie wierzył. Sport odszedł troszkę na boczny tor, ale nadal był obecny w mojej codzienności. Nauka niestety również odeszła. Ja, piątkowa, paskowa uczennica stałam się przeciętną dziewczyną, która nie dawała rady w liceum. Pierwsza klasa - poprawka. Nie było źle, zdałam. W drugiej zaczęły się problemy, dosłownie. Zbuntowałam się sama przeciwko sobie. Przecież niedługo będę miała 18 lat, jestem już prawie dorosła. Mogę zacząć imprezować, pić do upadłego. Nigdy tego nie robiłam jakoś przesadnie. Kluby, domówki, picie po ławkach i bramach. Spodobało mi się to, naprawdę. Czułam się jak ryba w wodzie. Trwało to do końca wakacji z drugiej, na trzecią klasę. Później trzeba było zacząć przygotowywać się do matury. Imprezy nadal trwały, ale już nie w takim stopniu, żeby chlać kilka razy w tygodniu do upadłego. Imprezy przekształciły się w domówki, czy skromne wyjścia do baru. Alkoholu było dużo, ale co innego było ważniejsze. Koniec szkoły, przyszedł czas na maturę. Wiedziałam, że zdam. Martwiłam się jedynie, że nie zdam wszystkiego. Ale później... Coś poszło nie tak. Gdzie mój okres? Poczekam, mimo strachu. Brzuch nie bolał, wszystko było dziwnie normalne, jak nie przed okresem. Postanowiłam zrobić test. Nie myliłam się - pozytywny. Później się okazało, że maturę zdałam na dobrych ocenach. Resztę już znacie.
Imprezy trwają nadal, ale już nie tak intensywne. Nie są zapijane alkoholem przeze mnie z wiadomych powodów. Brakuje mi tego jak cholera. Sportu również mimo, że się ograniczam tylko trochę. Wiem, że po ciąży do wszystkiego wracam. Jedynie nie pójdę na wymarzone studia...

wtorek, 18 sierpnia 2015

Druga notka dzisiejszego dnia. Po przeczytaniu dzisiejszych kilku wpisów od osób anonimowych jak i tych podpisujących się pod swoimi słowami jestem zszokowana. Mama wychowała mnie na osobę kulturalną, mającą szacunek do siebie jak i innych ludzi. Nigdy nie zrozumiem obrażania obcych mi osób, tym bardziej ,,anonimowo" w internecie. Nigdy nie zrozumiem wtrącania się w czyjeś życie przez osoby obce. Ja żyję swoim życiem, mam swoje problemy i swoje obowiązki. Nie wtrącam się w to, co robi ktoś inny, bo nie mam ani na to czasu, ani chęci. Kwestia wychowania. Jak zdążyłam zauważyć pewne osoby zostały chyba źle wychowane przez swoich rodziców, lub ktoś na pewno popełnił błąd w przekazywaniu najważniejszych im wartości.
Nawiążę tutaj do kwestii mojej ciąży. Osoby z mojego towarzystwa wiedzą jaka jest sytuacja i żadna z nich nie obraziła mnie z tego powodu. Oczywiście, są osoby które się ze mną nie zgadzają, które są zupełnymi przeciwnikami mojej postawy i takie, które starają mi się wybić z głowy pomysł jakim jest oddanie dziecka do adopcji. Natomiast żadna, ale to żadna z tych osób w żaden sposób mnie nie obraziła. Nie zwyzywała, nie życzyła najgorszego. Wiecie dlaczego? To świadczy o kulturze osobistej tychże osób.
Wybaczcie, ale pisanie na mój temat tego, że życzy mi się rozstępów jak u tygrysa, albo ,,rozjebanej pizdy" jak to napisała jedna z MAM mnie zszokowało. Mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły takie słowa skierowane do obcej osoby, a co dopiero jakbym miała napisać tak publicznie do kogoś. Nie pojmuję takiego zachowania. Kto te dziewczyny wychował? Aż wstyd. Żal pomyśleć o tym, że są to matki.
Tak, już czuję te pisanie że to ja jestem złą matką, bo planuję oddać dziecko. Otóż moje drogie czytelniczki i czytelnicy - NIE. Jest to jedno z rozwiązań jakie mi przysługuje, jedna z opcji jaką mogę wybrać, jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej. Każdy z was może dokonać takiego wyboru, każdy z was może kiedyś znaleźć się w takiej sytuacji. Osobiście wam tego nie życzę. Uwierzcie mi na słowo, że jest to najgorsza rzecz w moim życiu.
To tak, jak małe dziecko bardzo czegoś chce, a dostać nie może. Płacze, zaczyna wariować, bo nie wie co robić i chce postawić na swoim. Ja, jako osoba dorosła nie mogę tupnąć nóżką i dostać to, czego pragnę. Nie mogę wymusić na sobie miłości matczynej i instynktu macierzyńskiego, chociaż bardzo bym chciała. Marzę o tym, by go poczuć, z całego serca. Dobranoc.
W drugim poście chciałam opisać nasze początki bardziej szczegółowo. Reakcję na ciążę znacie, bo opisałam ją poprzednio, ale jak to wyglądało później?
Kiedy opadły emocje poczułam pustkę. Nikt już o tym nie mówił, nie było sensacji. Wszyscy wiedzą - rodzina, moi bliscy i nikt nie rusza tematu. Może dlatego, że nie chcą mnie ranić, może dlatego, że mają to gdzieś. To najbardziej mnie bolało. Ta obojętność ze strony otoczenia. Musiałam się prosić, zaczynać temat żeby ktokolwiek się o tym wypowiadał. Nie wiedziałam co robić, więc dobijając się nieświadomie gadałam o tym jak najęta. Tylko ciąża i ciąża, dziecko. Nic więcej w moich myślach nie było.
Przez jakiś czas starałam się zachowywać normalnie, jak gdyby nigdy nic. Szkoła, wychodzenie ze znajomymi, nawet jakieś imprezy. Nikt w dalszym ciągu nie wspominał nic o dziecku - odpowiadało mi to. Nie chciałam o tym myśleć, chciałam zapomnieć.
Nagle po rozmowie z Michałem doszło do mnie, że przecież można usunąć ciążę. Byłam jak w afekcie, nie myślałam wtedy o tym jak o morderstwie, bo tak to powinno się prawidłowo nazywać. Michał przystał na moją propozycję, mama także. Byłam szczęśliwa. ,,Twój wybór, zrób tak, żebyś była zadowolona i szczęśliwa". Coś pięknego, wtedy tak myślałam. Długie rozmowy na ten temat zajęły kilka tygodni. Kiedy emocje opadły zdałam sobie sprawę z konsekwencji. Aborcja to morderstwo, a ja zabójcą nie jestem. Nie potrafiłabym zabić swojego dziecka, niewinnego, bezbronnego człowieka, który po prostu jest. Odrzuciliśmy tą opcję definitywnie.
Teraz wiemy, że jest możliwość oddania dziecka do adopcji, gdzie będzie miało sto razy lepsze warunki do życia niż u nas. Kochających rodziców adopcyjnych, pieniądze, dom, rodzeństwo. Nie rozumiem jak ludzie mogą oceniać mnie przez pryzmat tego, że rozważam oddanie dziecka do lepszego życia. Nie jestem samolubna w tym, że chcę się go pozbyć - wręcz przeciwnie! Myślę o jego przyszłości i możliwościach. O tym, że gdzieś indziej będzie miało lepsze warunki. To jest samolubne? Bo chcę zapewnić lepsze życie swojemu dziecku? Chore podejście. Nigdzie nie napisałam, nikomu nie powiedziałam, że dziecko oddaję i koniec. Rozważam taką opcję, bo mam taką możliwość. Trudno pojąć? Po to ktoś wymyślił adopcję, żeby korzystali z tego ludzie dorośli, pewni swojej decyzji.
A teraz chciałam się podzielić z wami dziwnym odczuciem, które miało miejsce lekko ponad 30 minut temu.
Nie chciałabym budować szczęścia na ludzkiej tragedii, więc mam nadzieję, że nie zostanie to tak odebrane. Dostałam dziś link do profilu pewnej dziewczyny, której dziecko zmarło. Po przeczytaniu jej odpowiedzi poczułam dziwny, ogromny strach. Moja ręka nieświadomie od razu powędrowała w stronę brzucha - złapałam się za niego. Wystraszyłam się, co gdyby to stało się z moim dzieckiem? Ono w tym momencie ruszyło się mocniej niż zwykle. Dziwne uczucie. Czy w momencie zdałam sobie sprawę, że je kocham? Że jest moje, że żyje dzięki mnie? Może to początek naszej wspaniałej przygody? Chciałabym. Uwierzcie, że bym chciała.
Postawcie się hejterzy przez chwilę w mojej sytuacji. Chcielibyście patrzeć na swój rosnący brzuch, czuć ruchy dziecka, a go nie kochać, nie czuć z nim więzi mimo chęci? Wyobrażacie sobie, co ja w takiej sytuacji czuje? Nikomu nie życzę takich przeżyć, coś strasznego nie kochać własnego dziecka.