wtorek, 18 sierpnia 2015

Druga notka dzisiejszego dnia. Po przeczytaniu dzisiejszych kilku wpisów od osób anonimowych jak i tych podpisujących się pod swoimi słowami jestem zszokowana. Mama wychowała mnie na osobę kulturalną, mającą szacunek do siebie jak i innych ludzi. Nigdy nie zrozumiem obrażania obcych mi osób, tym bardziej ,,anonimowo" w internecie. Nigdy nie zrozumiem wtrącania się w czyjeś życie przez osoby obce. Ja żyję swoim życiem, mam swoje problemy i swoje obowiązki. Nie wtrącam się w to, co robi ktoś inny, bo nie mam ani na to czasu, ani chęci. Kwestia wychowania. Jak zdążyłam zauważyć pewne osoby zostały chyba źle wychowane przez swoich rodziców, lub ktoś na pewno popełnił błąd w przekazywaniu najważniejszych im wartości.
Nawiążę tutaj do kwestii mojej ciąży. Osoby z mojego towarzystwa wiedzą jaka jest sytuacja i żadna z nich nie obraziła mnie z tego powodu. Oczywiście, są osoby które się ze mną nie zgadzają, które są zupełnymi przeciwnikami mojej postawy i takie, które starają mi się wybić z głowy pomysł jakim jest oddanie dziecka do adopcji. Natomiast żadna, ale to żadna z tych osób w żaden sposób mnie nie obraziła. Nie zwyzywała, nie życzyła najgorszego. Wiecie dlaczego? To świadczy o kulturze osobistej tychże osób.
Wybaczcie, ale pisanie na mój temat tego, że życzy mi się rozstępów jak u tygrysa, albo ,,rozjebanej pizdy" jak to napisała jedna z MAM mnie zszokowało. Mi nigdy nawet przez myśl nie przeszły takie słowa skierowane do obcej osoby, a co dopiero jakbym miała napisać tak publicznie do kogoś. Nie pojmuję takiego zachowania. Kto te dziewczyny wychował? Aż wstyd. Żal pomyśleć o tym, że są to matki.
Tak, już czuję te pisanie że to ja jestem złą matką, bo planuję oddać dziecko. Otóż moje drogie czytelniczki i czytelnicy - NIE. Jest to jedno z rozwiązań jakie mi przysługuje, jedna z opcji jaką mogę wybrać, jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej. Każdy z was może dokonać takiego wyboru, każdy z was może kiedyś znaleźć się w takiej sytuacji. Osobiście wam tego nie życzę. Uwierzcie mi na słowo, że jest to najgorsza rzecz w moim życiu.
To tak, jak małe dziecko bardzo czegoś chce, a dostać nie może. Płacze, zaczyna wariować, bo nie wie co robić i chce postawić na swoim. Ja, jako osoba dorosła nie mogę tupnąć nóżką i dostać to, czego pragnę. Nie mogę wymusić na sobie miłości matczynej i instynktu macierzyńskiego, chociaż bardzo bym chciała. Marzę o tym, by go poczuć, z całego serca. Dobranoc.
W drugim poście chciałam opisać nasze początki bardziej szczegółowo. Reakcję na ciążę znacie, bo opisałam ją poprzednio, ale jak to wyglądało później?
Kiedy opadły emocje poczułam pustkę. Nikt już o tym nie mówił, nie było sensacji. Wszyscy wiedzą - rodzina, moi bliscy i nikt nie rusza tematu. Może dlatego, że nie chcą mnie ranić, może dlatego, że mają to gdzieś. To najbardziej mnie bolało. Ta obojętność ze strony otoczenia. Musiałam się prosić, zaczynać temat żeby ktokolwiek się o tym wypowiadał. Nie wiedziałam co robić, więc dobijając się nieświadomie gadałam o tym jak najęta. Tylko ciąża i ciąża, dziecko. Nic więcej w moich myślach nie było.
Przez jakiś czas starałam się zachowywać normalnie, jak gdyby nigdy nic. Szkoła, wychodzenie ze znajomymi, nawet jakieś imprezy. Nikt w dalszym ciągu nie wspominał nic o dziecku - odpowiadało mi to. Nie chciałam o tym myśleć, chciałam zapomnieć.
Nagle po rozmowie z Michałem doszło do mnie, że przecież można usunąć ciążę. Byłam jak w afekcie, nie myślałam wtedy o tym jak o morderstwie, bo tak to powinno się prawidłowo nazywać. Michał przystał na moją propozycję, mama także. Byłam szczęśliwa. ,,Twój wybór, zrób tak, żebyś była zadowolona i szczęśliwa". Coś pięknego, wtedy tak myślałam. Długie rozmowy na ten temat zajęły kilka tygodni. Kiedy emocje opadły zdałam sobie sprawę z konsekwencji. Aborcja to morderstwo, a ja zabójcą nie jestem. Nie potrafiłabym zabić swojego dziecka, niewinnego, bezbronnego człowieka, który po prostu jest. Odrzuciliśmy tą opcję definitywnie.
Teraz wiemy, że jest możliwość oddania dziecka do adopcji, gdzie będzie miało sto razy lepsze warunki do życia niż u nas. Kochających rodziców adopcyjnych, pieniądze, dom, rodzeństwo. Nie rozumiem jak ludzie mogą oceniać mnie przez pryzmat tego, że rozważam oddanie dziecka do lepszego życia. Nie jestem samolubna w tym, że chcę się go pozbyć - wręcz przeciwnie! Myślę o jego przyszłości i możliwościach. O tym, że gdzieś indziej będzie miało lepsze warunki. To jest samolubne? Bo chcę zapewnić lepsze życie swojemu dziecku? Chore podejście. Nigdzie nie napisałam, nikomu nie powiedziałam, że dziecko oddaję i koniec. Rozważam taką opcję, bo mam taką możliwość. Trudno pojąć? Po to ktoś wymyślił adopcję, żeby korzystali z tego ludzie dorośli, pewni swojej decyzji.
A teraz chciałam się podzielić z wami dziwnym odczuciem, które miało miejsce lekko ponad 30 minut temu.
Nie chciałabym budować szczęścia na ludzkiej tragedii, więc mam nadzieję, że nie zostanie to tak odebrane. Dostałam dziś link do profilu pewnej dziewczyny, której dziecko zmarło. Po przeczytaniu jej odpowiedzi poczułam dziwny, ogromny strach. Moja ręka nieświadomie od razu powędrowała w stronę brzucha - złapałam się za niego. Wystraszyłam się, co gdyby to stało się z moim dzieckiem? Ono w tym momencie ruszyło się mocniej niż zwykle. Dziwne uczucie. Czy w momencie zdałam sobie sprawę, że je kocham? Że jest moje, że żyje dzięki mnie? Może to początek naszej wspaniałej przygody? Chciałabym. Uwierzcie, że bym chciała.
Postawcie się hejterzy przez chwilę w mojej sytuacji. Chcielibyście patrzeć na swój rosnący brzuch, czuć ruchy dziecka, a go nie kochać, nie czuć z nim więzi mimo chęci? Wyobrażacie sobie, co ja w takiej sytuacji czuje? Nikomu nie życzę takich przeżyć, coś strasznego nie kochać własnego dziecka.